Translate

poniedziałek, 5 października 2015

Złoty środek na przeziębienie?

Zmiana pory roku lubi nam uprzykrzać życie przeziębieniem. I tak jest właśnie teraz na przełomie lata i jesieni, kiedy raz mamy słoneczny dzień, a następnego czeka nas deszcz i wiatr. Trochę niewiadomo jak się ubrać, bo rano i wieczorem jest zazwyczaj chłodno lub zimno, a środek dnia jest w miarę cieply. Bądź mądry i nie zachoruj :)

Zaraz jak tylko pogoda zaczęła się zmieniać, poczułam drapanie w gardle i mrowienie w krtani, a to oznaczac mogło tylko jedno: początek przeziębienia. Kichanie też występowało częściej niż w normie, więc szybko pobiegłam do apteki po jakiś lek, który zażywa się jak tylko czujemy, że coś nas bierze. Jedna tabletka, druga, trzecia... Poprawa minimalna, wręcz znikoma. I wtedy przypomniałam sobie, co mnie uzdrowiło z zaawansowanego przeziębienia w tamtym roku. Wracając z pracy zaszłam do spożywczaka po... świeży imbir, cytryny i miód. Oto moja recepta na walkę z przeziębieniem.


Co z tym robię?

Obieram imbir ze skóry, ścieram na tarce niewielką ilość do szklanki/kubka/filiżanki (im wiecej tym bardziej pali, ale ja lubię wiecej niż za mało) i zalewam gorącą wodą lub wrzątkiem. Do tego dodaję dużo soku z cytryny i łyżeczkę miodu. Mieszam. Czekam chwileczkę aż delikatnie ostygnie, ale staram się wypić w jak najcieplejszej formie. Dwie, trzy porcje i wstaję rano jak nowo narodzona. Jest to bardzo rozgrzewający napój. Później codziennie profilaktycznie jedna filizanka/kubek, co tam chcecie, żeby nic mnie nie złapało :)

Zachęcam Was bardzo mocno, jeśli czujecie, że lada dzień możecie nie wstać z łóżka i coś Was łamie, a macie okazję kupić świeży imbir, nie bójcie się go! On ma tyle cudownych właściwości, a do tego ten zapach! I uwierzcie mi na słowo, że jestem zdrowa. Ból gardła zniknął, katar ustąpił i na razie czuję się świetnie. 
Zawsze sceptycznie podchodziłam do naturalnego leczenia, z wygody wolałam zażyć tabletkę. A jednak warto było zaufać naturze... :)

Czy Wy też macie swoje naturalne sposoby na przeziębienia?
Czy próbowałyście kiedyś sposobu, który opisałam?

Dajcie znać! :)


Udanej Jesieni i bądźcie zdrowi!

piątek, 28 sierpnia 2015

Podsumowanie wakacji || Studia w Stanach

Nadszedł ten czas, kiedy ostatnie dni sierpnia płyną szybciej niż jakiekolwiek dni w roku, szczególnie dla tych, co mają czas wolny tylko dla siebie, a w perspektywie powrót do szkoły czy na uczelnie. Chciałoby się zatrzymać czas, przedłużyć pełne słońca dni i mieć jeszcze więcej wolnych chwil na swoje sprawy. No ale, słowo się rzekło, nikt nie jest w stanie zatrzymać zegara i już niedługo pierwszy września.




JAK WSPOMINAM WAKACJE?

Uważam, że były bardzo udane. Czuję się świetnie. Wypoczęłam i wyspałam się za cały rok, co dało mi energię na kolejny semestr na uczelni. Opaliłam się, więc wyglądam prawie tak dobrze, jakbym wróciła z wakacji z Karaibów ;) Wróciłam do zdrowego żywienia (oczywiście zdarzały się wypadki po drodze) i do ćwieczeń w miarę regularnych. Przeczytałam kilka lekkich książek, które oderwały mnie od rzeczywistości. Miałam nareszcie czas, żeby zająć się sobą: pogłębianie makijażowych umiejętności, malowanie paznokci, maseczki, peeling kawowy... Wszystko w zwiększonej częstotliwości niż przy normalnym trybie życia. 
W czerwcu zaliczyłam wizytę w Chicago u rodziny i ślub bliskiej koleżanki, na którym byłam świadkową (przeczytaj przemowę <klik>). Czwartego lipca przeżyłam przygodę włamując się na dach żeby obejrzeć fajerwerki <klik>. Spełniłam jedno ze swoich marzeń, czyli skok ze spadochronem :) <klik>. Robiłam dużo zdjęć, starałam się spędzać większość czasu poza domem, a jeśli już w domu byłam, to organizowałam sobie kosmetyki, robiłam małe porządki itp... :) Aaaa... i zapomniałabym! Odchudziłam portfel na rzecz nowych kosmetyków :P



CO TERAZ BĘDZIE?

Od poniedziałku czas wracać na uczelnię. Grafik tygodnia ustawiony, dwie prace znów będą przeplatać się z zajęciami, brak długiego spania, ale tylko do grudnia :) 
Jestem coraz bliżej mojego celu, ukończenia kolejnego etapu studiów, później będzie czas na egzaminy stanowe i koniecznie magisterka. Mam motywację i dużo chęci. Naprawdę lubię chodzić na zajęcia, poznawać nowych ludzi, przebywać w budynkach mojej szkoły. Czasami zastanawiam się, jakie to będzie uczucie, jak skończę edukację już tak na amen. Jak będę miała na głowie jedynie pełen etat w pracy, brak chodzenia na uczelnię, więcej czasu na dbanie o siebie itd. Czekam na ten dzień, ale będzie to chyba dziwne uczucie ;) 
Jak u Was to było, kiedy już zakończyliście studia? Ulga, czy raczej smutek i prawdopodobnie tęsknota? Dajcie znać :)



STUDIA W STANACH (uczelnie publiczne)

Przy okazji tego postu, chciałabym tak z grubsza opowiedzieć, jak wyglądają studia tutaj w Stanach, bo różnią się one od Waszych w Polsce. 
Pamiętam moje początki i jak mój mózg nie był w stanie tego systemu pojąć. Jakieś KREDYTY, nazwy semestrów jak pory roku, dofinansowanie z państwa i jego kryteria, brak kartkówek i pytania przy tablicy... O CO TUTAJ CHODZI?


Studia zaczynają się zazwyczaj pod koniec sierpnia (28), a kończą w granicach 22 maja. Studia są płatne, czy publiczne, czy prywatne, za wszystko trzeba bulić. Stawka zależy od szkoły oraz od tego, czy jesteś tutaj jako rezydent, czy na wizie studenckiej oraz od kierunku. Ja mam to szczęście, że jestem jako rezydent NYC, więc koszta są regularne. Ale wszyscy ludzie jakich poznałam, którzy byli na wizie studenckiej, płacą 2-3(?) razy więcej. I nie mają szans na dofinansowanie z państwa. Nie jestem pewna do końca jak i czy mogą oni ubiegać się o jakąkolwiek pomoc finansową, więc będę opisywać to tylko na swoim przykładzie.

Każdy kierunek ma określoną liczbę przedmiotów do zdania. Są poszczególne grupy i można z nich wybierać co nas interesuje, oczywiście w zakresie kierunku. Każdy przedmiot ma swoją wagę kredytową, która mniej więcej odpowiada poziomowi trudności i ilości godzin w tygodniu. Co więcej, cena przedmiotu również zależy od tego, ile ma on przypisanych kredytów. Głównie przedmioty maja po 3 kredyty, czyli jeśli jeden kredyt kosztuje na przykład $300, to płacimy $900 ZA JEDEN PRZEDMIOT. Możecie wziąć na semestr maksymalnie 25 kredytów, czyli 5-6 przedmiotów. Jeśli pracujecie, to nie będziecie jednak w stanie tego zrobić, o czym za chwilę. Średnio studenci mają 4-5 przedmiotów na semestr. (12-14 kredytów), ale są i tacy, co studiują na pół etatu (rodzina, praca itp) i mają 2 przedmioty. 

Jest też opcja dofinansowania z państwa, która jest limitowana, ale ja nie wiem dokładnie jak ten limit działa. Co mi wiadomo, to że nie pokrywają już magisterki. Dlatego najlepiej jest kombinować tak, żeby to całe dofinansowanie wykorzystać na cały licencjat (4 lata).
Jak dostać dofinansowanie? 
Trzeba być tutaj legalnie. Mieć zieloną kartę albo obywatelstwo oraz mieszkać w mieście, w którym znajduje się uczelnia. Co więcej, trzeba zarabiać odpowiednio mało i najlepiej jest być singlem (w papierach). Musicie też tak ustawić sobie przedmioty, żeby w sumie było minimum 12 kredytów. Jeśli spełnicie powyższe kryteria, pokryją Wam cały semestr/rok i jeśli zostaną jakieś pieniądze, to dostaniecie je do ręki. Nie jest to duża kwota, ale idealna na wydanie jej na książki (które tanie NIE są). O, i MUSICIE chodzić na zajęcia. Jest dozwolona liczba nieobecności. 

Co ciekawe, przedmioty możecie dobierać sobie jak tylko chcecie, szczególnie na początku, później już jest pod górkę :P Jest to genialny system, bo jeśli pracujecie, to możecie pogodzić pracę z  uczelnią. Tak jak robię to ja. Mam dwie prace i 4 przedmioty na semestr. Jest ogromny wybór pór dnia i różnych profesorów (możecie sprawdzić opinie o profesorach wydawane przez studentów na stronie uczelni), więc można sobie świetnie zorganizować grafik. 

Jak wyglądają zajęcia?
Przypominają mi one czasy liceum z taką różnicą, że nikt nie pyta i nie ma niezapowiedzianych kartkówek. Wszystko zależy od profesora. On układa plan całego semestru, który dostajecie do ręki już na pierwszych zajęciach. Najczęściej spotykane wymagania to jakieś papiery do pisania, prezentacje i projekty w grupach, krótkie quizy i dyskusje, w których trzeba uczestniczyć. Każdy przedmiot wygląda inaczej, ale na większość z nich trzeba się przygotowywać z lekcji na lekcję, a czytania na każdy przedmiot jest BARDZO DUŻO
Jeśli chodzi o egzaminy, to w większości przypadków jest jeden w połowie semestru oraz jeden na koniec. W przeciwieństwie do studiów w Polsce, niezależnie od oceny z egzaminów, jesteście w stanie zdać przedmiot, ponieważ na jego ocenę pracujecie cały semestr poprzez te wszystkie różne wymagania wymienione wyżej. Naprawdę trzeba nie robić nic, żeby nie zdać. Dlatego uważam, że ten system jest przyjazny studentowi. 

Profesorowie?
Większość, jakich spotkałam to ludzie, którzy traktują studentów poważnie i rozumieją, że każdy ma swoje życie, są w stanie iść na ustępstwo, zawsze chętnie pomogą itd. Spotkałam kilku profesorów tak mądrych i inteligentnych, że aż wstyd mi było otwierać buzię. Jedna profesorka z doktoratem, która robi research i różne badania, kolejna pracowała w sądzie przy poważnych sprawach i zdradzała nam wiele ciekawych faktów. Jednak byli też tacy, którzy mało wymagali i nie trzeba było za bardzo nic robić albo łatwo ich przekabacić :P Dzięki takim profesorom, łatwo jest podnieść sobie średnią na semestr :)


PODSUMOWANIE 

Studia w USA nie są złe i uważam, że można sobie spokojnie poradzić. Na pewno kierunki ścisłe nie są już takie wesołe, ale to wszędzie jest tak samo. Jednak jak obserwuję mojego Rafała, który kończy w tym roku Kryminalistykę i mnie podczas Pedagogiki, to nie jest wcale ciężko. Wiem, że mnie czeka kilka trudniejszych przedmiotów na koniec, ale jeszcze o nich nie myślę :P

Jeśli macie jakieś pytania odnośnie studiów w USA, to piszcie, chętnie odpiszę. A może podzielicie się swoim doświadczeniem? :)
Ten post mógłby być o wiele dłuższy, ale nie chciałam już opisywać szczegółów, dlatego ujęłam z grubsza to, co najważniejsze, żebyście mieli mniej więcej obraz jak to wygląda :)



Ściskam Was mocno!
Cieszcie się ostatnimi dniami wakacji, cieszcie się jeszcze wrześniem, studenci :) 

Mua!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Pędzle Real Techniques

Pędzle Real Techniques, szczególnie zestaw do oczu, były jednymi z pierwszych, na jakich uczyłam się makijażu oczu. Później doszły te do twarzy i tak uzbierało mi się 18 pędzli plus "lash-brow groomer". Trzy z nich kupiłam niedawno na próbę z azjatyckiej strony pod wpływem recenzji Karoliny z kanału Stylizacje, bo mówiła, że są identyczne jak te oryginalne.


Zacznę od pędzli, które pochodzą z pewnych źródeł. Wiem, że u Was w Polsce nie jest to tani wydatek, ale jeśli ktoś może Wam je sprowadzić z zagranicy, to bardzo polecam dla początkujących lub średnio zaawansowanych.



PĘDZLE DO OCZU


Mają bardzo miękkie włosie, są solidnie wykonane, włosie nie rozczapierza się po praniu ani nie wypada. Dodatkowo są milusie i super się z nimi pracuje. Nie widzę minusów oprócz tego, że wg mnie powinni kolekcję do oczu dopracować i rozbudować o kilka pędzli. Brakuje mi w nich na przykład typowego puchacza do blendowania jak 227 z Zoevy. Poza tym, nie mam im nic do zarzucenia. Na mokro jak i na sucho da się z nimi pracować. Poniżej opiszę Wam, do czego używam poszczególne z nich.
  • deluxe crease brush (1) - blendowanie cieni, rozprowadzanie korektora pod oczami lub bazy na powieki
  • base shadow brush (2) - nakładanie cieni na całą, zazwyczaj ruchomą, powiekę
  • shading brush (3) - rozcieranie dolnej powieki, rozjaśnianie wewnętrznego kącika
  • accent brush (4) - nakładanie cieni w wewnętrznym kąciku, kiedy chodzi mi o szczególnie precyzyjne nałożenie
  • brow brush (5) - brwi
  • liner brush - nie używam 




PĘDZLE DO TWARZY


Tych mam mnóstwo, bo szukałam ideałów i odpowiedników Hakuro, czy Zoevy, do których na razie nie mam dostępu. Po długich poszukiwaniach dobrałam sobie każdy z nich do tego, co mi odpowiada. Bardzo lubię ich wersje do twarzy. Mają ogromny wybór i można sobie świetnie dopasować do czego chcecie je używać. Tak samo jak te do oczu, są miękkie, przyjemne, włosie nie wypada, sa dobrze zrobione, no nic nie mogę zarzucić. Poniżej nazwy z funkcjami, które im nadałam.
  • powder brush (1) - kiedy cienie osypią mi się, używam jej w celu usunięcia ich z policzków
  • blush brush/contour brush (2) - używam zamiennie do różu; contour brush jest dla mnie za mała do konturowania, nie lubię aż tak ostrego podkreślenia, może w przyszłości
  • sculpting brush/ contour brush/ setting brush (3) - rozświetlacz
  • buffing brush (4) - bronzer (Odkąd go mam, jest mom ideałem. Pomaga mi w konturowaniu wg moich potrzeb. Szczególnie teraz, kiedy jestem opalona, fajnie ociepla skórę. UWIELBIAM go.)
  • detailer brush (5) - korektor na problematycznych miejscach twarzy



A teraz zestaw z azjatyckiej strony: Travel Essentials
Nie wierzę, że to są oryginały. Według mnie są to dobrze zrobione podróby lub pędzle, które z jakiegoś powodu nie trafiły do regularnej sprzedaży.


Dlaczego się ich czepiam? Odcienie części metalowej delikatnie różnią się od oryginałów, czcionka w pędzlu multi task (różowy) i essential foundation sa identyczne, nie ma błędów językowych, ALE przy "deluxu crease brush" (fioletowy) coś jest nie tak, bo widać od razu błąd w pisowni, zmianę czcionki oraz nazwę. Ciężko było mi uchwycić to na zdjęciu, więc uwierzcie mi na słowo. Według oryginalnej strony, ten pędzel powinien nazywać się "domed shadow brush"
Włosie tych pędzli jest tak samo przyjemne jak oryginalnych. Jeszcze ich nie używałam, ale zakładam, że będzie się dobrze z nimi pracowało. Jedynie kolor włosia różni się od oryginałów, ponieważ jest brązowe, a nie czarne.

Essential foundation brush przyda mi sie raczej do nakładania maseczek niż do podkładu. Multi task brush przyda się zarówno do brązera, różu, czy pudrowania twarzy, a ten trefny deluxu crease brush wykorzystam do nakładania cieni na całą powiekę lub do przypudrowywania okolicy pod oczami.

Pędzle były umieszczone w etui z napisem Real Techniques na metce, która była krzywa.
Być może są to rzeczywiście oryginalne pędzle, ale tak zwane niewypały i dlatego trafiły na azjatycką stronę w cenie prawie 3 razy niższej niż na innych stronach. Nie potrafie stwierdzić jednoznacznie, czy to oryginały zepsute, czy podróbki, ale warto było się przekonać. Najważniejsze, że będę ich na pewno używać.


A Wy miałyście styczność z tymi pędzlami? Lubicie?
Co myślicie o zestawie z azjatyckiej strony?


Pozdrawiam Was cieplutko. 
Moje wakacje dobiegają już końca, niestety :(